# Przedszkole na Słonecznej — odcinek 8: Złość ma kolor czerwony
*Słuchowisko na dobranoc, 3–7 lat. Czas czytania ok. 11 minut (ok. 1 400 słów). Lektor: spokojnie; w scenie złości głos Antka szybszy i wyższy, potem coraz wolniejszy, razem z oddechem. Dźwięki w tle: klocki, trzask wieży, cisza, powolny oddech, deszcz za oknem.*
*© Plan na Szkołę / BEZPIECZNE DANE Sp. z o.o. — tekst własny.*

---

Dobry wieczór. Tu Przedszkole na Słonecznej. Dziś jest sobota, więc nie idziemy do przedszkola. Dziś jesteśmy u Antka w domu. I dziś będzie o czymś, co każdy zna. O złości.

Antek budował wieżę. Nie zwykłą. Najwyższą wieżę świata, z niebieskich i czerwonych klocków, tak wysoką, że musiał stanąć na palcach. Budował ją całe popołudnie. Piętnaście pięter. Szesnaście. Siedemnaście.

I wtedy do pokoju wszedł Bartuś. Bartuś ma trzy lata i jest młodszym bratem Antka. Bartuś nie chciał nic złego. Bartuś chciał tylko zobaczyć wieżę z bliska. Bardzo z bliska.

Trzask.

Siedemnaście pięter leżało na dywanie.

Antek poczuł to najpierw w brzuchu. Jakby ktoś zapalił tam mały piecyk. Potem w rękach — zrobiły się gorące i zacisnęły się w pięści. Potem w twarzy. A potem w głowie zrobiło się czerwono. Naprawdę czerwono, jakby ktoś zasłonił okna czerwoną firanką.

— TY!!! — krzyknął Antek. I podniósł rękę.

Ale nie uderzył. Coś go zatrzymało w połowie drogi. Może to, że Bartuś zrobił taką minę, jakby sam zaraz miał się rozsypać na siedemnaście pięter. A może to, że w drzwiach stanęła mama.

— Antek — powiedziała mama. Nie krzyknęła. Powiedziała tylko „Antek", tak jak się mówi „stop".

— On zniszczył moją wieżę! — Antek tupnął. — Całą! Budowałem ją sto lat!

— Widzę — powiedziała mama. — Jesteś zły.

— Jestem WŚCIEKŁY!

— Wolno ci. — Mama usiadła na dywanie, między klockami. — Złość wolno czuć. Każdy ją czuje. Ja też. Tylko nie wolno nią uderzać. Ręce są do budowania, nie do bicia.

Antek stał z zaciśniętymi pięściami i czerwoną głową i nie wiedział, co z tym zrobić. Złość była w nim jak balon, który ktoś pompuje i pompuje.

— Chodź — powiedziała mama. — Pokażę ci coś. Usiądź.

Antek usiadł. Trochę dlatego, że nogi mu się trzęsły.

— Twoja złość to balon — powiedziała mama. — Czujesz go? Tu, w brzuchu?

Antek kiwnął głową. Czuł. Wielki, czerwony, napompowany.

— Teraz go powoli wypuścimy. Nabierz powietrza nosem. Tak, żeby brzuch urósł. Raz… dwa… trzy… cztery. A teraz wypuszczaj ustami, powolutku, jakbyś chciał zdmuchnąć świeczkę, ale tak, żeby nie zgasła. Raz… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć.

Antek zrobił, jak mama mówiła. Balon trochę zmalał.

— Jeszcze raz.

Nosem. Raz, dwa, trzy, cztery. Ustami. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć.

Balon zmalał jeszcze bardziej. Ręce przestały być gorące. Czerwona firanka w głowie zrobiła się różowa.

— Jeszcze raz.

Po trzecim razie firanka zniknęła. Antek zobaczył pokój. Klocki. Mamę. I Bartusia, który siedział w kącie i trzymał w rączce jeden czerwony klocek, jakby to był największy skarb, i cicho pociągał nosem.

— Teraz powiedz mu — powiedziała mama. — Słowami. Nie rękami. Co czujesz i czego chcesz.

Antek spojrzał na brata. To było trudniejsze niż oddychanie.

— Bartuś — powiedział. — Jestem zły, bo zniszczyłeś moją wieżę. Budowałem ją bardzo długo. Nie wolno ruszać cudzych rzeczy bez pytania.

Bartuś pociągnął nosem.

— Ja tylko chciałem zobaczyć — powiedział. — Ona była taka ładna.

I wtedy Antek zrozumiał coś dziwnego. Że Bartuś nie zniszczył wieży, żeby mu zrobić na złość. Bartuś zniszczył wieżę, bo mu się podobała. Złość, która została w brzuchu, była już mała jak piłeczka. A piłeczkę można odłożyć.

— To następnym razem zapytaj — powiedział Antek. — I stój daleko. Bo ja stawiam wysoko.

— Dobrze — powiedział Bartuś. I podał mu czerwony klocek.

Mama wstała.

— Wiesz, co się stało w twoim ciele, kiedy byłeś zły? — spytała. — Serce zaczęło bić szybciej. Krew popłynęła do rąk, dlatego były gorące. Mózg krzyknął „walcz!". Tak działa złość u każdego człowieka, od milionów lat. Kiedyś była potrzebna, żeby uciec przed niedźwiedziem. Ale Bartuś to nie niedźwiedź. Dlatego trzeba złości powiedzieć: „dziękuję, że przyszłaś, ale tu nie ma niedźwiedzia". I wypuścić balon.

— A jak nie zdążę? — spytał Antek. — Jak ręka będzie szybsza?

— Wtedy pomoże ci ktoś dorosły, tak jak dziś. A z każdym razem będziesz szybszy od ręki. To jak z wieżą. Ćwiczysz i stawiasz wyżej.

Wieczorem zbudowali wieżę razem. Antek, Bartuś i mama. Dwadzieścia pięter. Bartuś podawał klocki, stojąc daleko, jak go Antek nauczył. Tata przyszedł z pracy i powiedział, że to najwyższa wieża, jaką widział w życiu, i że jutro trzeba ją koniecznie sfotografować.

A kiedy Antek leżał już w łóżku, spróbował jeszcze raz. Nosem — raz, dwa, trzy, cztery. Ustami — raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Nie dlatego, że był zły. Dlatego, że to było przyjemne. Jak wypuszczanie balonika, który nie odlatuje, tylko robi się mały i cichy.

Za oknem zaczął padać deszcz. Wieża stała.

---

**Trzy pytania na dobranoc:**
1. Co Antek poczuł w brzuchu, w rękach i w głowie, kiedy był zły? Czy ty też tak masz?
2. Jak się wypuszcza balon złości? Zróbmy to razem: nosem do czterech, ustami do sześciu.
3. Co Antek powiedział Bartusiowi słowami zamiast rąk?

A teraz oczy się zamykają. Wieża stoi. Deszcz pada. Balon jest mały i cichy. Antek śpi. Dobranoc.

*Koniec odcinka 8.*
