# Przedszkole na Słonecznej — odcinek 5: Zupa pana Staszka
*Słuchowisko na dobranoc, 3–7 lat. Czas czytania ok. 11 minut (ok. 1 400 słów). Lektor: spokojnie, głos pana Staszka niższy i wolniejszy. Dźwięki w tle: klatka schodowa, gwizd czajnika, z daleka pociąg.*
*© Plan na Szkołę / BEZPIECZNE DANE Sp. z o.o. — tekst własny.*

---

Dobry wieczór. Tu Przedszkole na Słonecznej. Dziś nie będzie o przedszkolu, tylko o tym, co jest obok. O sąsiedzie. Bo sąsiedzi też są ważni, choć rzadko o tym myślimy.

Zosia mieszkała na trzecim piętrze. Na czwartym, ostatnim, mieszkał pan Staszek. Był stary. Miał siwe wąsy, laskę z drewnianą rączką i czapkę z daszkiem, którą nosił nawet w domu. Zosia spotykała go na schodach prawie codziennie i prawie codziennie robiła to samo: spuszczała głowę i przemykała obok.

Nie dlatego, że pan Staszek był niemiły. Tylko dlatego, że był stary, a Zosia nie wiedziała, co się mówi do starych ludzi.

— Powiedz „dzień dobry" — mówiła mama.
— Ale co potem?
— Potem nic. Dzień dobry wystarczy.

We wtorek Zosia wracała z przedszkola z mamą. Na schodach, między drugim a trzecim piętrem, stał pan Staszek. Trzymał się poręczy jedną ręką, a w drugiej miał siatkę z zakupami. Siatka była ciężka. Widać było, że jest ciężka, bo pan Staszek stał i oddychał, a nie szedł.

— Dzień dobry, panie Stanisławie — powiedziała mama. — Pomóc?
— Dzień dobry, dzień dobry. Nie trzeba, nie trzeba. Ja tylko odpoczywam. Piętra rosną z wiekiem, wie pani. Kiedyś było ich cztery, teraz jakby czterdzieści.

Zosia spojrzała na siatkę. Wystawała z niej marchewka, pęczek pietruszki i kawałek selera.

— Zosiu — powiedziała mama cicho. — Weź od pana siatkę.
Zosia wzięła. Siatka rzeczywiście była ciężka. Niosła ją do góry, po schodach, a pan Staszek szedł za nią powoli, stopień po stopniu, i mówił:
— O, jaka silna dziewczynka. Kiedyś tak nosiłem worki z węglem do parowozu. Po dwadzieścia kilo każdy.
— Co to jest parowóz? — spytała Zosia, zanim zdążyła pomyśleć, że rozmawia ze starym człowiekiem.
— Nie wiesz, co to parowóz? — Pan Staszek aż się zatrzymał. — No to musisz wpaść. Pokażę ci.

I tak w środę po przedszkolu Zosia poszła z mamą na czwarte piętro.

Mieszkanie pana Staszka pachniało zupą. W kuchni na kuchence stał wielki garnek, a z garnka szła para. Ale najpierw pan Staszek zaprowadził je do pokoju. W pokoju, na komodzie, stał pociąg. Nie taki, jak zabawka. Taki z metalu, czarny, z kominem, kołami i małą czerwoną gwiazdą z przodu.

— To jest parowóz — powiedział pan Staszek. — Ja na takim jeździłem. Czterdzieści lat. Byłem maszynistą.
— Maszynista to ten, co prowadzi pociąg?
— Ten sam. A wiesz, jak parowóz jedzie? Nie ma silnika jak samochód. Ma wodę i ogień. Palacz wrzuca węgiel do paleniska, ogień grzeje wodę w kotle, woda robi się parą, para pcha tłoki, tłoki kręcą kołami. Czajnik na kółkach. Słyszysz?
W kuchni właśnie zagwizdał czajnik.
— O! — Pan Staszek podniósł palec. — Tak samo gwiżdże parowóz. Tylko sto razy głośniej.

Zosia patrzyła na czarny parowóz i wyobrażała sobie ogień, parę i pana Staszka, młodego, bez wąsów, jak wychyla się z okienka.

— Bał się pan?
— Czego?
— Że pociąg się nie zatrzyma.
Pan Staszek usiadł w fotelu. Fotel skrzypnął.
— Raz. Zimą, w górach. Tory były oblodzone, a przede mną przez przejazd szła krowa. Hamowałem tak, że aż iskry leciały. Zatrzymałem się metr przed nią. Krowa nawet nie spojrzała.
Zosia się roześmiała. Pan Staszek też.

A potem była zupa. Pan Staszek nalał trzy talerze — dla mamy, dla Zosi i dla siebie. Zupa była jarzynowa, z marchewką, pietruszką i selerem z tej ciężkiej siatki. I z czymś jeszcze.
— Co to jest, to zielone? — spytała Zosia.
— Lubczyk. Moja żona zawsze dawała lubczyk. Mówiła, że bez lubczyku zupa jest smutna.
— A gdzie jest pana żona?
Mama spojrzała na Zosię tak, jak się patrzy, kiedy dziecko pyta o coś, o co dorośli nie pytają. Ale pan Staszek pokiwał głową.
— Już jej nie ma. Trzy lata. Ale zupę gotuję tak jak ona. Z lubczykiem. Żeby nie była smutna.

Zosia zjadła cały talerz. Zupa nie była smutna.

W czwartek Zosia spotkała pana Staszka na schodach. I nie spuściła głowy.
— Dzień dobry, panie Staszku!
— Dzień dobry, pani maszynistko.
— Ja nie jestem maszynistką.
— Jeszcze nie.

W piątek w przedszkolu pani Marta pytała, kim chcą być dzieci, jak dorosną. Antek — strażakiem. Hania — panią doktor. Franio — kotem, ale pani Marta powiedziała, że to nie jest zawód, więc Franio zmienił na weterynarza, bo to prawie to samo.
— A ty, Zosiu?
— Maszynistą. Bo parowóz to czajnik na kółkach, a czajnik umiem obsługiwać.
Nikt nie wiedział, o co chodzi. Ale Zosia wiedziała. I to było najważniejsze.

Wieczorem mama pytała:
— Wiesz, dlaczego pan Staszek tak się ucieszył, że przyszłyśmy?
— Bo lubi zupę?
— Bo mieszka sam. Cały dzień nikt do niego nie mówi. A ma w głowie czterdzieści lat pociągów. Komu to opowie?
— Mnie — powiedziała Zosia.
— Tobie. Ale tylko wtedy, kiedy powiesz „dzień dobry". Bo od tego się zaczyna.

Zosia leżała w łóżku i myślała o ludziach, którzy mają w głowie całe historie i nikomu ich nie opowiadają, bo nikt nie mówi im „dzień dobry". Pani w sklepie. Pan, co zamiata podwórko. Babcia z ławki. Ile tam może być parowozów, krów na torach i zup z lubczykiem?

Postanowiła, że jutro powie „dzień dobry" trzem osobom. I zobaczy, co się stanie.

---

**Trzy pytania na dobranoc:**
1. Dlaczego Zosia na początku spuszczała głowę, gdy widziała pana Staszka?
2. Jak jedzie parowóz? Co jest w nim zamiast silnika?
3. Komu jutro powiesz „dzień dobry"? Kto w Twoim bloku albo na ulicy może mieć ciekawą historię?

A teraz oczy się zamykają. Parowóz stoi na komodzie. Zupa jest w lodówce. Pan Staszek śpi w czapce. Zosia śpi. Dobranoc.

*Koniec odcinka 5.*
