# Przedszkole na Słonecznej — odcinek 3: Czerwone światło Antka
*Słuchowisko na dobranoc, 3–7 lat. Czas czytania ok. 10 minut (ok. 1 300 słów). Lektor: rytm spokojny, w scenie na ulicy krótkie zdania. Dźwięki w tle: miasto z daleka, sygnalizator „tik-tik", przejeżdżający tramwaj.*
*© Plan na Szkołę / BEZPIECZNE DANE Sp. z o.o. — tekst własny.*

---

Dobry wieczór. Tu Przedszkole na Słonecznej. Dziś historia o tym, jak Antek nauczył się czekać. A czekanie, jak się okaże, jest trudniejsze niż bieganie.

Antek był najszybszym dzieckiem w grupie Biedronek. Kiedy pani Marta mówiła „idziemy do szatni", Antek już tam był. Kiedy mówiła „siadamy do obiadu", Antek już siedział, z łyżką w ręku. Nawet spał szybko — zasypiał, zanim mama skończyła czytać pierwszą stronę.

— Antku, po co ci tyle pośpiechu? — pytała czasem babcia.
— Bo jak jestem pierwszy, to więcej widzę — odpowiadał Antek.

W czwartek grupa Biedronek szła do biblioteki. Biblioteka była po drugiej stronie ulicy Kasztanowej. Ulica Kasztanowa była szeroka. Jeździły nią samochody, autobus numer 5 i tramwaj, który dzwonił, kiedy ktoś stał za blisko torów.

Dzieci ustawiły się parami. Antek stanął w parze z Franiem, bo Franio był nowy i trochę się bał. Pani Marta szła z przodu, a pani Ola, jej pomocniczka, z tyłu.

— Biedronki, przypominam — powiedziała pani Marta, kiedy doszli do przejścia. — Co robimy przy pasach?
— Stój, patrz, idź! — zawołały dzieci.
— A dokładniej?
— Patrzymy w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo! — zawołała Hania, bo Hania zawsze wiedziała.
— A światła?
— Czerwone stój, zielone idź!

Antek też wołał. Znał to na pamięć. Ale kiedy stanęli przy przejściu, zobaczył coś, czego nie mógł znieść. Po drugiej stronie ulicy, tuż przy wejściu do biblioteki, stał pan z wózkiem pełnym książek. A na wózku leżała książka z wielką, zieloną koparką na okładce.

Ktoś ją zaraz weźmie — pomyślał Antek. Ktoś ją weźmie, zanim ja tam dojdę.

Światło dla pieszych było czerwone. Czerwony ludzik stał nieruchomo. Samochody jechały.

Antek puścił rękę Frania.

Zrobił krok. Jeden. Z krawężnika na jezdnię.

I wtedy stało się kilka rzeczy naraz. Pani Ola krzyknęła „ANTEK!" tak głośno, że gołębie zerwały się z drzewa. Czyjaś ręka złapała go za kaptur i pociągnęła do tyłu. Zaraz przed nim, dokładnie tam, gdzie miałaby być jego druga noga, przejechał rower. Rowerzysta zadzwonił dzwonkiem — zły, ostry dźwięk — i krzyknął coś, czego Antek nie zrozumiał.

A potem była cisza. Taka cisza, jaka bywa tylko wtedy, kiedy wszyscy patrzą na jedną osobę.

Antek stał na chodniku. Serce biło mu w uszach. Nogi zrobiły się miękkie jak kluski. Nie płakał, ale czuł, że zaraz może.

Pani Marta kucnęła przed nim. Nie krzyczała. Miała bardzo białą twarz.
— Antek. Popatrz na mnie.
Antek popatrzył.
— Co się stało?
— Chciałem… tam była książka… z koparką… — Głos mu się rwał.
— Widziałeś rower?
— Nie.
— Ja też nie widziałam, dopóki nie zadzwonił. Wiesz dlaczego? Bo rowery są ciche. I samochody czasem też. Dlatego nie patrzymy tylko na to, czego chcemy. Patrzymy w lewo, w prawo i w lewo. I czekamy na zielone. Nawet jak bardzo, bardzo chcemy być pierwsi.

Franio stał obok i trzymał się za własną rękę, jakby nadal trzymał Antka.
— Puściłeś mnie — powiedział cicho.
I to zabolało Antka bardziej niż krzyk pani Oli.

Światło zmieniło się na zielone. Zielony ludzik szedł. Grupa Biedronek przeszła przez ulicę Kasztanową — powoli, parami, pani Marta z przodu, pani Ola z tyłu. Antek trzymał rękę Frania tak mocno, jakby to on był tym, który się boi. Bo trochę był.

Książka z koparką nadal leżała na wózku. Nikt jej nie wziął. Pan z wózkiem uśmiechnął się i powiedział:
— Ta jest dla was. Właśnie ją przywiozłem.

Antek nie wziął jej pierwszy. Poczekał, aż wezmą ją inni i obejrzą. Dopiero potem sam. Wcale nie była mniej fajna przez to, że obejrzał ją jako czwarty.

W drodze powrotnej, przy tym samym przejściu, pani Marta zatrzymała grupę.
— Antek. Ty dziś prowadzisz. Powiedz nam, kiedy możemy iść.
Antek popatrzył na światło. Czerwone. Popatrzył w lewo — jechał autobus. W prawo — nic. Znowu w lewo — autobus przejechał. Światło zmieniło się na zielone. Antek popatrzył jeszcze raz w lewo, bo rowery są ciche.
— Teraz — powiedział.
I poszli.

Wieczorem Antek opowiedział wszystko mamie. Bał się, że mama będzie zła. Mama nie była zła. Mama przez chwilę nic nie mówiła, a potem przytuliła go tak mocno, że aż zabrakło mu tchu.
— Wiesz, dlaczego cię tak ściskam?
— Bo się wystraszyłaś?
— Bo jesteś. Rozumiesz? Bo jesteś tu, cały, i mogę cię ściskać.

Antek zrozumiał. Nie do końca, bo miał pięć lat. Ale wystarczająco.

— Mamo — powiedział, kiedy leżał już w łóżku. — A ty byś pobiegła po książkę z koparką?
— Nie. Bo książka poczeka. A samochód nie.
— A jakby to była książka z trzema koparkami?
— Nawet z dziesięcioma.

Antek pomyślał o dziesięciu koparkach. To było dużo. A potem pomyślał o rowerze, który był tak blisko, że czuł wiatr. I o ręce Frania, którą puścił.

— Jutro nie puszczę — szepnął.
— Wiem — powiedziała mama i zgasiła światło.

---

**Trzy pytania na dobranoc:**
1. Co Antek zobaczył po drugiej stronie ulicy i dlaczego chciał tam być pierwszy?
2. Dlaczego patrzymy w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo, nawet gdy jest zielone?
3. Co czuł Franio, kiedy Antek puścił jego rękę? Co byś mu powiedział?

A teraz oczy się zamykają. Ulica Kasztanowa jest pusta. Światła mrugają na żółto. Antek śpi. Dobranoc.

*Koniec odcinka 3.*
