# Przedszkole na Słonecznej — odcinek 2: Franio i pierwszy dzień
*Słuchowisko na dobranoc, 3–7 lat. Czas czytania ok. 11 minut (ok. 1 400 słów). Lektor: ciepło, bez pośpiechu. Dźwięki w tle: poranek, dzwonek przy drzwiach przedszkola, gwar dzieci — cichy.*
*© Plan na Szkołę / BEZPIECZNE DANE Sp. z o.o. — tekst własny.*

---

Dobry wieczór. Tu Przedszkole na Słonecznej. Dziś opowiem ci o Franiu. Franio ma cztery lata i do tego wtorku nigdy nie był w przedszkolu. Ani razu.

Franio obudził się wcześniej niż budzik. Leżał i patrzył w sufit, na którym mama nakleiła świecące gwiazdki. Rano gwiazdki nie świeciły, były tylko bladozielone. Franio policzył je — umiał liczyć do siedmiu — a potem zaczął od nowa, bo gwiazdek było więcej niż siedem.

W brzuchu miał motyle. Tak mówiła babcia: „jak się czegoś boisz, to masz motyle w brzuchu". Franio nie wiedział, jak motyle dostały się do środka, ale czuł je wyraźnie. Trzepotały.

— Franiu, wstajemy! — zawołała mama z kuchni. — Dziś wielki dzień!

Franio naciągnął kołdrę na głowę. Pod kołdrą było ciemno i bezpiecznie i pachniało praniem. Może jak nie wstanie, to wielki dzień sobie pójdzie?

Nie poszedł. Przyszła mama, usiadła na brzegu łóżka i położyła rękę na kołdrze, dokładnie tam, gdzie był Franio.

— Wiem — powiedziała. — Ja też się bałam, jak szłam pierwszy raz do przedszkola.
Kołdra się poruszyła.
— Ty? — spytał głos spod kołdry.
— Ja. Płakałam tak, że pani dała mi dwie chusteczki. A potem, o jedenastej, zapomniałam, że płakałam, bo budowaliśmy wieżę z klocków aż do sufitu.

Franio wystawił nos.
— Do sufitu?
— No, prawie.

Przy śniadaniu Franio zjadł pół kanapki. Motyle zjadły drugą połowę — tak przynajmniej wyglądało, bo Franio nie mógł. Mama nie mówiła: „zjedz wszystko". Powiedziała tylko:
— Włóż do plecaka Kluska.

Klusek to był mały, miękki królik z jednym uchem krótszym, bo Franio kiedyś je przeżuł, jak był malutki. Klusek jeździł wszędzie. Do babci, do lekarza, do sklepu. Teraz miał jechać do przedszkola.

— A można? — spytał Franio.
— Można. Pani Marta powiedziała, że pierwszego dnia każdy może przynieść przytulankę.

Przedszkole na Słonecznej było żółte. Miało zielone drzwi i dzwonek, który brzęczał, kiedy ktoś wchodził. Na płocie wisiały rysunki: słońce, kot, coś, co mogło być traktorem albo krokodylem. Franio ścisnął rękę mamy tak mocno, że aż mama powiedziała „au".

W szatni było mnóstwo szafek z obrazkami. Mama znalazła szafkę z jabłkiem.
— To twoja. Jabłko. Zapamiętasz?
Franio kiwnął głową. Zdjął kurtkę. Zdjął buty. Włożył kapcie — te w samochody. Wszystko robił bardzo, bardzo wolno, bo dopóki się przebierał, mama jeszcze była.

A potem drzwi do sali się otworzyły i wyszła z nich pani. Miała kolorowy sweter i okulary na łańcuszku.
— Ty jesteś Franio — powiedziała. Nie spytała. Powiedziała, jakby znała go od zawsze. — A to kto?
Franio spojrzał na Kluska.
— Klusek.
— Dzień dobry, Klusku. Ja jestem pani Marta. Chodźcie, pokażę wam, gdzie mieszkają nasze klocki.

I tu nastąpiła najtrudniejsza chwila całego dnia. Mama pochyliła się, przytuliła Frania i powiedziała cicho, prosto w ucho:
— Nasz rytuał.
Rytuał wymyślili wczoraj wieczorem. Trzy rzeczy: buziak w czoło, przybicie piątki i słowa: „Wrócę po obiedzie, jak zawsze". Franio wiedział, że mama zawsze wraca. Ale wiedzieć to jedno, a motyle to drugie.

Buziak. Piątka. „Wrócę po obiedzie, jak zawsze."

Mama wstała i poszła do drzwi. Nie oglądała się co chwilę — bo pani Marta wcześniej powiedziała jej, że tak jest łatwiej. Poszła po prostu. Drzwi zabrzęczały.

Franio stał w szatni z Kluskiem i czuł, że w oczach robi mu się mokro. Nie płakał głośno. Tylko mokro.

Pani Marta nie powiedziała „nie płacz". Kucnęła obok i powiedziała:
— Trochę się boisz. To normalne. Ja też bym się bała w nowym miejscu. Wiesz co? Chodź, pokażę ci coś, co widziało już wiele nowych dzieci.

W sali, w kącie, stało wielkie pudło. Na pudle było napisane „SKARBY". Pani Marta otworzyła je. W środku były: muszla, która szumiała, kiedy przyłożyło się ją do ucha; kamień, który wyglądał jak serce; małe lusterko; piórko sroki; i szklana kulka z niebieską spiralą w środku.

— Każde dziecko, które przychodzi tu pierwszy raz, może wybrać jeden skarb i trzymać go dziś w kieszeni. A jutro odłożyć i wziąć inny. Albo ten sam.

Franio wybrał kulkę. Była chłodna i gładka. Kiedy trzymał ją w pięści, motyle w brzuchu jakby trochę się uspokoiły. Nie odleciały. Ale usiadły.

Potem był ranek w kole. Dzieci siedziały na dywanie, a pani Marta pytała każdego, jak ma na imię i co lubi. Kiedy przyszła kolej na Frania, powiedział bardzo cicho:
— Franio. Lubię koparki.
— Ja też! — krzyknął chłopiec z drugiej strony koła. To był Antek. — Mam trzy! Jedną na pilota!

Po kole były klocki. Antek pokazał Franiowi, jak zrobić koparkę z klocków — potrzebne były cztery koła, jeden długi klocek na ramię i jeden mały na łyżkę. Franio zrobił swoją. Wyszła trochę krzywa, ale kopała.

Potem był drugi trudny moment: obiad. Franio nie lubił jeść w nowych miejscach. Ale na obiad był rosół z makaronem w kształcie literek, a dziewczynka obok — Zosia — pokazała mu, że w zupie można znaleźć swoją literę. Franio znalazł „F". Zjadł całą miskę.

A po obiedzie, dokładnie wtedy, kiedy pani Marta powiedziała „zbieramy się do szatni", drzwi zabrzęczały. Franio odwrócił głowę.

Mama.

Nie pobiegł. Poszedł. Bo w jednej ręce trzymał Kluska, w drugiej szklaną kulkę, a w kieszeni miał koparkę z klocków, którą pani Marta pozwoliła zabrać do domu, „żeby mama zobaczyła".

— Jak było? — spytała mama.
Franio pomyślał. Chciał powiedzieć: „bałem się". I chciał powiedzieć: „było fajnie". Obie rzeczy były prawdą.
— Rano miałem motyle — powiedział. — A potem znalazłem literkę F w zupie.

Mama roześmiała się i podniosła go wysoko, chociaż Franio był już za duży na podnoszenie.

W domu Franio odłożył kulkę do plecaka, żeby jutro zwrócić ją do pudła ze skarbami. Zastanawiał się, czy jutro weźmie muszlę, czy kamień-serce. I dopiero wieczorem, kiedy leżał pod świecącymi gwiazdkami, zauważył, że zastanawia się nad jutrem w przedszkolu — i wcale nie ma motyli.

— Mamo — powiedział, kiedy mama gasiła światło. — Jutro też będzie rytuał?
— Codziennie.
— I zawsze wrócisz po obiedzie?
— Jak zawsze.

Franio zamknął oczy. Gwiazdki na suficie świeciły. Było ich więcej niż siedem, ale to już nie było ważne.

---

**Trzy pytania na dobranoc:**
1. Co to były „motyle w brzuchu" Frania i kiedy się uspokoiły?
2. Z czego składał się rytuał pożegnania? Jaki rytuał wymyśliłbyś ty?
3. Czy można się bać i jednocześnie dobrze się bawić? Skąd wiesz?

A teraz oczy się zamykają. Pudło ze skarbami jest zamknięte do jutra. Klusek śpi. Franio śpi. Dobranoc.

*Koniec odcinka 2.*
