# Przedszkole na Słonecznej — odcinek 1: Bajtek czeka na spacer
*Słuchowisko na dobranoc, 3–7 lat. Czas czytania ok. 11 minut (ok. 1 400 słów). Lektor: spokojnie, tempo 0,9. Dźwięki w tle: cichy dom, zegar, drapanie psich pazurów o podłogę.*
*© Plan na Szkołę / BEZPIECZNE DANE Sp. z o.o. — tekst własny.*

---

Dobry wieczór. Tu Przedszkole na Słonecznej. Usiądź wygodnie, przykryj się kołdrą po sam nos i posłuchaj, co wydarzyło się w domu Antka w pewien deszczowy wtorek.

W domu Antka mieszkał pies. Nazywał się Bajtek. Był kudłaty jak kłębek wełny, miał jedno ucho stojące, a drugie opadające, i ogon, który machał tak szybko, że aż robił wiatr. Kiedy Antek wracał z przedszkola, Bajtek skakał po całym przedpokoju i piszczał z radości, jakby nie widział go od stu lat. A widział go rano.

Bajtek zamieszkał u Antka na wiosnę. Wtedy Antek obiecał mamie i tacie bardzo ważną rzecz. Powiedział:
— Będę się nim opiekował. Codziennie. Sam.
— Codziennie? — spytał tata. — Także wtedy, kiedy pada deszcz? Także wtedy, kiedy leci bajka?
— Codziennie! — powiedział Antek i podniósł rękę jak strażak składający przysięgę.

I przez całą wiosnę było wspaniale. Antek nalewał Bajtkowi wody do miski. Sypał mu chrupki, dokładnie tyle, ile pokazała mama — jedną szklankę, nie więcej, bo Bajtek zjadłby i dziesięć. Chodził z tatą na spacery i trzymał smycz. Bajtek biegał za patykiem, Antek za Bajtkiem, a tata za nimi oboma, wołając: „Wolniej!".

Ale potem przyszła jesień. A z jesienią przyszedł deszcz.

W ten wtorek deszcz padał od samego rana. Nie taki ładny, ciepły, w którym można skakać po kałużach. Zimny, cienki, taki, który wchodzi za kołnierz. Antek wrócił z przedszkola, zdjął mokre buty i usiadł na dywanie z klockami. Budował właśnie garaż dla trzech samochodów, kiedy poczuł na kolanie coś ciepłego i mokrego.

To był nos Bajtka.

— Nie teraz — powiedział Antek i przesunął nos. — Buduję.

Bajtek usiadł. Popatrzył na Antka. Potem popatrzył na drzwi. Potem znowu na Antka. Machnął ogonem — tylko trochę, tak na próbę.

— Pada — powiedział Antek. — Nie widzisz, że pada? Pójdziemy, jak przestanie.

Bajtek położył się na dywanie z głową na łapach. Antek dobudował garażowi dach. Zegar w kuchni tykał. Za oknem szumiał deszcz. Minęła chwila, potem druga.

Wtedy Bajtek wstał i poszedł do przedpokoju. Antek usłyszał, jak coś cicho brzęczy. To Bajtek wziął w zęby swoją smycz i przyniósł ją. Położył ją na dywanie, tuż przy garażu. I znowu usiadł. I znowu popatrzył.

— No co? — powiedział Antek. — Przecież mówię, że pada.

I wtedy do pokoju weszła mama. Miała w rękach kubek herbaty i nic nie mówiła. Usiadła na kanapie. Popatrzyła na Antka, na klocki, na smycz i na Bajtka.

— Wiesz — powiedziała po chwili — Bajtek nie umie czytać kalendarza. Nie wie, że jest wtorek. Nie wie, co to jesień. On wie tylko jedno: że jest popołudnie, a po południu chodzi się na spacer. Bo tak było zawsze.

— Ale pada — powiedział Antek już trochę ciszej.

— Pada — zgodziła się mama. — A on i tak musi wyjść. Pies nie może iść do łazienki jak ty. Musi wyjść na dwór. I musi pobiegać, bo inaczej będzie smutny i będzie gryzł kapcie.

Antek popatrzył na Bajtka. Bajtek popatrzył na Antka. W oczach psa nie było złości. Było czekanie. Takie cierpliwe, ciche czekanie, które jest gorsze niż szczekanie.

— Pamiętasz, co obiecałeś na wiosnę? — spytała mama.

Antek pamiętał. Pamiętał nawet, jak podniósł rękę. Poczuł w brzuchu coś nieprzyjemnego. Nie był to głód. To było takie uczucie, jakby ktoś powiedział „wstyd" bardzo cicho, ale bardzo wyraźnie.

— Codziennie — powiedział Antek.

— Codziennie — powtórzyła mama. — Nie „kiedy mam ochotę". Nie „kiedy jest ładnie". Codziennie. Bo obietnica, którą dotrzymuje się tylko w słońcu, to nie jest obietnica. To jest… — mama zastanowiła się — …to jest tylko taki ładny dźwięk.

Antek wstał. Odsunął garaż z klocków pod ścianę, żeby nikt na niego nie nadepnął. Poszedł do przedpokoju. Włożył kalosze — te żółte, z uszkami. Włożył kurtkę z kapturem. Wziął smycz.

Kiedy tylko usłyszał brzęk karabińczyka, Bajtek eksplodował. Nie ma innego słowa. Skakał, piszczał, kręcił się w kółko, uderzał ogonem o szafkę, aż spadł z niej kluczyk. Antek roześmiał się, chociaż przed chwilą było mu wstyd.

— Czekaj, czekaj, muszę cię zapiąć!

Mama włożyła płaszcz i wzięła parasol.
— Idę z tobą — powiedziała. — Ale smycz trzymasz ty.

Na dworze deszcz okazał się mniej straszny, niż wyglądał zza okna. Kalosze chlupały. Bajtek pobiegł prosto do pierwszej kałuży i wsadził w nią cały pysk, jakby szukał tam skarbu. Potem otrząsnął się — i Antek dostał deszczem po raz drugi, tym razem psim.

— Ej!

Szli ulicą Słoneczną, która wcale nie była tego dnia słoneczna. Bajtek obwąchał latarnię, płot pana Staszka i wielki kasztan. Pod kasztanem leżały mokre, błyszczące kasztany. Antek schował trzy do kieszeni.

— Mamo — powiedział po drodze — a jak będę chory? To też muszę?

— Jak będziesz chory, to pójdę ja albo tata — odpowiedziała mama. — Bo opieka nad Bajtkiem to sprawa całej rodziny. Ale ty jesteś jego pierwszym człowiekiem. To ciebie wybrał. Widziałeś, komu przyniósł smycz?

Antek widział. Poczuł się nagle ważny. Nie tak ważny jak wtedy, kiedy podnosił rękę i obiecywał. Ważny inaczej — tak, jakby ktoś naprawdę na nim polegał. To było cięższe niż obietnica. I lepsze.

Kiedy wrócili, mama wytarła Bajtka wielkim ręcznikiem, a Antek wytarł mu łapy — każdą osobno, bo tak się robi, żeby nie było błota na dywanie. Bajtek dostał chrupkę za grzeczne stanie. A potem położył się przy kaloryferze i westchnął tak głęboko, jak tylko pies potrafi westchnąć.

Antek wrócił do klocków. Ale zanim zaczął budować, napisał na kartce — dużymi, koślawymi literami, bo dopiero się uczył — jedno słowo: SPACER. I poprosił mamę, żeby przykleiła kartkę na lodówce.

— Po co? — spytała mama.

— Żebym pamiętał. Że codziennie.

Wieczorem, kiedy Antek leżał już w łóżku, usłyszał stukanie pazurów na podłodze. Bajtek wszedł do pokoju, obwąchał łóżko i położył się na dywaniku, tuż obok. Tak jak zawsze. Antek zwiesił rękę i poczuł pod palcami kudłate, ciepłe ucho — to opadające.

— Jutro też pójdziemy — szepnął. — Nawet jak będzie padać.

Bajtek machnął ogonem. Raz. Cicho. To znaczyło: wiem.

---

**Trzy pytania na dobranoc:**
1. Dlaczego Bajtek przyniósł Antkowi smycz, zamiast szczekać?
2. Co mama nazwała „ładnym dźwiękiem" — i co to znaczy?
3. Co ty byś przykleił na lodówce, żeby nie zapomnieć o czymś ważnym?

A teraz oczy się zamykają. Deszcz za oknem cichnie. Bajtek śpi. Antek śpi. I ty też już prawie śpisz. Dobranoc.

*Koniec odcinka 1.*
